header

inteligencja dziecka - rozwój umysłu i osobowości - edukacja finansowa
29 kwietnia, 2007

Czy można żyć bez telewizji?

Opublikowane jako: Rozwiązywanie problemów wychowawczych — Jolanta Gajda @

Gdy chodziłam do liceum, był w klasie pewien chłopak, który nie miał w domu telewizora. Nie dlatego, że był zbyt biedny. Jego mama uczyła w tej samej szkole łaciny – była to kobieta bardzo inteligentna, o niezwykle szerokiej wiedzy i zainteresowaniach – typowa intelektualistka. Ona właśnie uznała, że telewizor to w domu zbyteczny eksponat.

Opowiadam Ci to jako pewną ciekawostkę, bo sama jestem daleka od tak skrajnych rozwiązań. Ale swoją drogą ciekawe, czy są jeszcze w Polsce rodziny, które – z własnego wyboru – nie posiadają odbiornika telewizyjnego? No, nie licząc oczywiście tych, którzy mają telewizję w komputerze :-).

Telewizja jest OK, pod warunkiem, że się wie, jak z niej korzystać. Niestety nasze dzieci jeszcze tego nie wiedzą (nic dziwnego – wielu dorosłych też nie wie ;-)).

Na NIEszczęście muszę sama przed sobą przyznać, że moja córka padła ofiarą telewizyjnego nałogu. Mimo nawet tego, że gdy jestem w domu, moje dzieci mają telewizję ściśle “reglamentowaną”, wydzielaną w odpowiednich porcjach. Problem leży w tym, że ja wychodzę rano do pracy przed siódmą, a moja córa idzie do szkoły dopiero ok. 10-tej. Ileż to czasu na oglądanie fascynujących kreskówek i romantycznych historii nastolatek na ZigZap-ie ;-). A po szkole, zanim mama wróci z pracy – znowu mały seansik w Cartoon Network…

Próbowałam zastosować pewną naiwną, rodzicielską metodę – zabroniłam jej rano włączania telewizora myśląc, że mam problem z głowy. A tu pewnego razu Ada spojrzała na mnie swoimi okrągłymi, smutnymi oczami (jak to tylko ona potrafi – straszna z niej manipulantka ;-)) i powiedziała:

- Mamo, muszę Ci się do czegoś przyznać. Zabroniłaś mi włączać rano telewizora, ale ja nie mogłam wytrzymać. MUSIAŁAM go włączyć! Po prostu nie mogłam wytrzymać! Przebaczysz mi?

Masz babo placek… Nie ukarałam jej, bo z reguły nie karzę dzieci, gdy mi się same do czegoś przyznają (pewnie dlatego właśnie się przyznają :-)), ale problem pozostał nadal problemem.

No to ładnie. Krok po kroku, moja córka stała się TV-maniakiem (lub TV-holikiem, jak kto woli). Nie będę się teraz rozpisywać na temat objawów tego uzależnienia, powiem tylko, że postanowiłam stanowczo coś z tym zrobić.

Pewnego dnia, wykorzystując fakt, że córka zapomniała odrobić zadanie domowe, powiedziałam zdecydowanie “Koniec telewizji”, wzięłam telewizor zgrabnym ruchem pod pachę i odłożyłam go wysoko na szafę. Pomyślisz pewnie – Ho, ho, mocarna ze mnie kobitka ;-). Ależ nie – po prostu mam mały telewizor :-), a nie zamierzałam nigdy inwestować w większy, bo i po co.

I tak to telewizor wylądował na szafie – ku wielkiej rozpaczy mojej córki i umiarkowanemu niezadowoleniu syna ;-).

Nie opowiadałabym Ci może całej tej historii, gdyby nie to, że następnego dnia rano córka zadzwoniła do mnie do pracy.

- Wiesz co mamo? Przeczytałam dzisiaj aż 14 stron Kubusia Puchatka!
- Naprawdę? To wspaniale. Bardzo się cieszę. Podobało ci się?
- Tak, zaraz Ci wszystko opowiem. A więc…
- Poczekaj Adusiu, teraz jestem w pracy, opowiesz mi w domu. Nie mogę te…
- Ale to będzie szybko!

I tu jednym tchem opowiedziała mi, jak to prosiaczek schował się w torbie u kangurzycy i co z tego wynikło.
Jeden wielki potok słów i ekscytacja w głosie. Już jej nie przerywałam. Pomyślałam sobie tylko – ten telewizor na szafie to był jednak bardzo dobry pomysł :-).

——
Zobacz także artykuł: Wpływ telewizji na rozwój dziecka

26 kwietnia, 2007

Nauka czytania metodą Glenna Domana

Opublikowane jako: Inteligencja językowa — Jolanta Gajda @

Jest to metoda, która wzbudza ostatnio coraz większe zainteresowanie i jeśli masz dziecko w wieku żłobkowo-przedszkolnym (lub młodsze), warto się z tą metodą zapoznać i rozważyć jej zastosowanie u siebie w domu. Wg Glenna Domana – twórcy tej metody, dzieci w wieku 0 – 5 lat są dużo bardziej inteligentne i pojętne, niż wielu ludzi przypuszcza. Ponieważ maluchy wykazują niezwykłą ciekawość świata, są bardzo otwarte na wszelkie nowości, bardzo chłonne i gotowe poznawać wszystkie tajniki otaczającej je rzeczywistości, można tę naturalną ciekawość wykorzystać i właśnie w najwcześniejszych latach życia zacząć uczyć dziecko czytania.

Co ciekawe, teorię tę zaczęto opracowywać w oparciu o wyniki osiągane przez dzieci chore, z poważnymi uszkodzeniami mózgu. Okazało się, że mimo niepełnej funkcjonalności tego narządu, dziecko jest w stanie nauczyć się czytać w bardzo wczesnym wieku. Zaczęto prowadzić dokładniejsze badania i później ten sam zaskakujący rezultat uzyskano również w przypadku dzieci zdrowych.

W metodzie Domana wykorzystuje się wycięte z kartonu paski wielkości 10×60cm. Na kartkach wypisane są pojedyncze słowa – dużymi literami, wyraźnym czerwonym drukiem o wysokości 8 cm. Karty te są pokazywane dziecku kilka razy dziennie, na parę sekund każda. Doman opisał w swoich pracach dokładny scenariusz kolejnych etapów nauki – ile kart, jaka częstotliwość lekcji”, jaka częstotliwość wymiany kart na nowe itd.

Dziecko można uczyć w ten sposób nawet wtedy, gdy nie ukończyło jeszcze pierwszego roku życia. Oczywiście w tym przypadku nie można spodziewać się natychmiast spektakularnych rezultatów, ale w dłuższym okresie czasu okazuje się to bardzo korzystne dla przyszłych osiągnięć dziecka. Najbardziej optymalny wiek na rozpoczęcie nauki czytania to 3 lata.

Dzięki temu, że dziecko szybciej opanowuje tę umiejętność, wzrasta jego poziom inteligencji i wiedzy ogólnej a także zasięg przyszłych zainteresowań.

Najważniejsze w tej metodzie jest to, by zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica nauka czytania była dobrą zabawą, a nie uciążliwym obowiązkiem. Stąd tak ważne jest, by towarzyszył temu zawsze dobry humor i uśmiech. Jeśli dziecko lub rodzic ma zły dzień, jest rozdrażnione lub chore, lepiej tę naukę przełożyć na bardziej odpowiedni czas. Poza tym nie jest to nauka w rozumieniu szkolnym, gdzie dziecku prezentuje się jakiś wycinek wiedzy, a potem sprawdza się jego umiejętności i ocenia. Jest to tylko zabawa, w której dziecko obcuje ze słowem pisanym (zaczynając od całych słów, poprzez wyrażenia aż po krótkie zdania), ale nie stawia się mu w tym czasie żadnych wymagań ani nie oczekuje konkretnych wyników w konkretnym czasie.

Jeśli chcesz poznać dokładnej szczegóły tej metody, to zajrzyj tutaj. Jest to artykuł, który znalazłam w internecie i opisuje on tę metodę w sposób rzetelny, a jednocześnie zwarty i treściwy. Co do książek, to pracę z dzieckiem metodą Domana (zarówno w nauce czytania, jak i matematyki) opisuje Katarzyna Rojkowska w “Naucz małe dziecko myśleć i czuć”. Również na moim blogu był już częściowo poruszany ten temat w komentarzach do wpisu Dzieci i czytanie. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji się z nimi zapoznać, to zapraszam.

Jedno jest pewne – nauka czytania to niezwykle ważny element w edukacji dziecka i warto zrobić wszystko, by dziecko czytało swobodnie, sprawnie i by czytanie sprawiało mu dużą przyjemność.

19 kwietnia, 2007

PAS, czyli syndrom Gardnera

Opublikowane jako: Rodzice i dziecko — Jolanta Gajda @

PAS kojarzy się nam z przykrym narzędziem wymierzania kary, kiedyś szeroko stosowanym, dziś uznawanym bezsprzecznie za przejaw agresji fizycznej rodzica wobec dziecka. Ale nie o takim pasie będę pisać. Chodzi o angielski skrót od “parental alienation syndrom” – syndrom odrzucenia rodzica, zwany również syndromem Gardnera (od nazwiska amerykańskiego psychiatry, który zajmował się tym problemem).

Temat pojawił się w jednym z artykułów w kwietniowym numerze magazynu “Charaktery”. Przyznam, że artykuł mnie naprawdę głęboko poruszył. Po jego lekturze miałam mieszane uczucia. Z jednej strony odezwała się we mnie tzw. kobieca solidarność. Pomyślałam sobie – pewnie przesadzają, za bardzo wierzą temu, co mówią przedstawiciele męskiej części społeczności. Sprawdziłam, kto jest autorem publikacji. I tu niespodzianka – artykuł był napisany przez kobietę…

Z drugiej strony, wiedziałam, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety są zdolni do takich wyczynów. Rodzi się pytanie, czy fakt, że jesteśmy tylko ludźmi, może usprawiedliwiać podobne zachowania?

Jeśli nie wiesz, co to PAS, już spieszę z wyjaśnieniem. Mamy z tym do czynienia wtedy, gdy po rozwodzie, jeden z rodziców, chcąc zatrzymać dziecko przy sobie, stosuje przeróżne chwyty, by dziecko bało się drugiego opiekuna, bądź go po prostu znienawidziło. Wszystko po to, by mieć dziecko całkowicie, w 100%, tylko i wyłącznie dla siebie. Niczym ulubioną maskotkę, którą się posiada na własność… Według statystyk, praktyk tych dopuszczają się w większości matki, ale myślę, że jest to wynik tego, że to głównie one w przypadku rozwodu otrzymują prawo do opieki nad dzieckiem.

Pomijam już fakt, że owe mamy ograniczają jak się da kontakty dziecka z ojcem. Albo w ogóle wyjeżdżają bez słowa na drugi koniec Polski, nie podając adresu i uniemożliwiając ojcu jakiekolwiek “widzenia” z dzieckiem.

Bardziej poruszyły mnie metody manipulowania dzieckiem, czyli tzw. “pranie mózgu”. Niby o nich słyszałam już wcześniej, ale konkretne historie ludzkie, przedstawione w artykule, jeszcze bardziej uświadomiły mi okrucieństwo takich metod.

Na czym polega gra rodzica, który chce odsunąć dziecko od partnera? Oto niektóre metody:

- mama robi przy dziecku awantury ojcu (trzymam się już tego schematu winnej matki), że kupił mu czekoladę lub inny drobny prezent (“Mój syn niczego od ciebie nie potrzebuje”)

- mama, rozmawiając z dzieckiem o ojcu, używa stale tych samych kluczowych słów (tata bił mamę, tata jest zły, tata nas krzywdził) nawet jeśli nie ma w tym ani krzty prawdy. Dziecko poddawane jest stale tej samej indoktrynacji, narasta w nim uczucie lęku wobec ojca (czasem Bogu ducha winnego). Dziecko boi się podejść do ojca w trakcie spotkania, mimo że nigdy nie doświadczyło od niego żadnej krzywdy ani też nigdy nie było świadkiem jakiejkolwiek agresji ojca wobec mamy

- mama stosuje szantaż emocjonalny i/lub materialny. Widząc jakieś pozytywne przejawy kontaktów dziecka z ojcem, okazuje maluchowi swój smutek i rozczarowanie, pozbawia go czułości, uśmiechu bądź np. nie kupuje mu czegoś, co mu obiecała. W wyniku tego maluch nie chce rozmawiać z tatą, by nie stracić miłości mamy. Innymi słowy, dziecko jest karane za okazywanie pozytywnych emocji wobec drugiego opiekuna.

Autorka artykułu podaje wiele przyczyn takich zachowań rodziców. Ale dla mnie ważniejsze jest to, co się dzieje z samym dzieckiem.

“Odrywanie siłą dziecka od jednego z rodziców powoduje spustoszenia w jego psychice. Prowadzi do sytuacji, w której dziecko nie dowierza swoim własnym uczuciom i spostrzeżeniom. Towarzyszy temu negatywna samoocena i brak poczucia własnej wartości. Dziecko przeżywa głębokie rozdarcie wewnętrzne, ponieważ nie wie, wobec którego z rodziców powinno być lojalne. W obawie przed utratą rodzica sprawującego opiekę, zaczyna się identyfikować z nim i z jego poglądami.”

Swoją drogą przeraża mnie to, że można tak bezkarnie manipulować małym człowiekiem, traktować go jak drewnianą marionetkę, która nic nie czuje i nic nie rozumie. Wszystko po to, by zrealizować jakieś swoje egoistyczne cele – odegrać się na partnerze, zatuszować własne przewinienia, zrealizować potrzebę władzy, wyleczyć ból po utracie związku. A gdzie jest w tym wszystkim miejsce na troskę o rozwijającą się osobowość małej istoty ludzkiej? Troskę o zapokojenie jej najważniejszych potrzeb: miłości i bezpieczeństwa? Troskę o jej prawidłowy rozwój emocjonalny?

Chciałoby się krzyknąć – dorośli, co wy do cholery wyprawiacie? Ale przecież żaden z tych rodziców zapatrzonych w swoje własne ego nie usłyszałby tego krzyku…

Przy okazji tego tematu przypomina mi się, że widziałam w “Złotych Myślach” ebooka dla ojców, którzy walczą o swoje rodzicielskie prawa (“W stronę ojca”). Sama go nie czytałam, bo nie jest on skierowany do mnie, ale jeśli Ty jesteś ojcem, którego bez żadnego uzasadnienia odsunięto od dziecka, to na pewno znajdziesz tam pomoc i wskazówki dla siebie.

Zobacz też artykuł “Syndrom Gardnera, a sprawa ojca”

ebook

14 kwietnia, 2007

Takie chwile są bezcenne…

Opublikowane jako: Rodzice i dziecko — Jolanta Gajda @

Wczoraj wieczorem moja 9-letnia córka poprosiła mnie, bym popatrzyła, jaki układ taneczny przygotowała do szkolnego “Mini Playback Show”, w którym chce wziąć udział.

Siedziałam i patrzyłam na nią jak zauroczona. Nie dlatego, że były to super figury taneczne. Owszem, były fajne, ale nie o to chodzi. Moja córka uwielbia tańczyć i to uwielbienie było widoczne w każdym najmniejszym ruchu jej ciała, w wyrazie twarzy, w oczach. Miałam wrażenie, że nie patrzę na tańczącą dziewczynkę, tylko na taneczne zjawisko, które przyjęło ludzką postać :-). W takich chwilach wybaczam jej nawet to, że matematyka nie należy do jej ulubionych przedmiotów ;-).

Patrzeć na człowieka, który robi to, co kocha, to cudowne przeżycie. Bez względu na to, czy ten człowiek ma 10, 20, czy 50 lat.

A czym pasjonuje się Twoje dziecko? Lubi grać w piłkę nożną? Rysować? Sklejać modele samolotów? Projektować suknie dla lalek? Kolekcjonować kamienie o ciekawych kształtach i barwach? Cokolwiek to jest, zapomnij na chwilę o swoich ważnych i nie cierpiących zwłoki zajęciach domowych i zawodowych, stań w pewnym oddaleniu od swojego dziecka i popatrz na niego, gdy robi to, co uwielbia, to, co mu sprawia prawdziwą przyjemność. Skup się przez tą jedną małą chwilę tylko na obserwowaniu dziecka.

Takie chwile są bezcenne.

wiosna

12 kwietnia, 2007

Czy bieda jest dziedziczna?

Opublikowane jako: Edukacja finansowa dziecka — Jolanta Gajda @

Wchodząc niedawno do sklepu, usłyszałam końcówkę rozmowy ekspedientki z klientem – mężczyzną w średnim wieku. Pan ów stwierdził z pełnym przekonaniem: “Ja wolę być biedny, ale uczciwy”. Powiem szczerze, że spojrzałam na niego trochę dziwnie, mając ochotę spytać:

Przepraszam proszę Pana, a co ma do diaska piernik do wiatraka?

Biedny ale uczciwy? A dlaczego nie: bogaty ale uczciwy? Albo po prostu: bogaty i uczciwy? To bardzo smutne, że dla wielu ludzi te dwa przymiotniki wykluczają się wzajemnie. I bardzo żal mi dzieci, które słyszą w domu takie mądrości.

Tak, bieda jest dziedziczna. Ale nie jest to obciążenie genetyczne, ale zakodowany sposób myślenia. Sposób myślenia, który wielu rodziców przekazuje świadomie lub nieświadomie młodym ludziom. Dziecko wynosi z domu przekonanie, że przynależy do określonej klasy społecznej o określonym standardzie życia i nigdy się ponad ten poziom nie wydostanie. No, chyba że znajdzie się jakiś bogaty krewny, który zostawi spadek. Albo trafi się wygrana w totolotku. Albo… spadnie manna z nieba ;-).

Co gorsza, w szkole dziecko również nic nie dowie się na temat osiągania zamożności. Nie nauczy się, jak być przedsiębiorczym, jak wykorzystać swoje atuty, by odnieść realny sukces, jak zajmować się swoimi finansami, by dostatnio żyć. Zresztą czy nauczyciele mogą taką wiedzę przekazać, skoro sami zazwyczaj ledwo wiążą koniec z końcem?

Szkoła nie nauczy Twojego dziecka inteligencji finansowej.

Dlatego Twoim zadaniem, jako rodzica, jest przekazać synowi czy córce jak najwięcej pożytecznej wiedzy o tym, jak zostać człowiekiem sukcesu. Zamożnym człowiekiem sukcesu. Bogactwo to nie jest jedynie przywilej dla nielicznych. Bogactwo to stan umysłu, który może osiągnąć każdy człowiek. Jest to pewna otwartość i gotowość na nadarzające się okazje, świadomość własnej wartości, umiejętność wykorzystania własnych mocnych stron i wreszcie – jest to traktowanie pieniędzy jako narzędzia, a nie jako celu samego w sobie.

Jeśli Tobie nie udało się zostać zamożnym człowiekiem, nie ograniczaj dziecka własnym sposobem myślenia. Czytaj dużo WŁAŚCIWYCH książek, zmień coś w swoim życiu, a przede wszystkim przekazuj nabytą wiedzę dziecku. Myślę, że warto zacząć od Bogaty ojciec, biedny ojciec” Roberta T. Kiyosaki. Zrozumiesz, czym tak naprawdę różnią się ludzie bogaci od biednych i czego bogaci uczą swoje dzieci na temat pieniędzy. Książka ta zmieniła życie wielu ludzi – w tym również moje :-).

Bogaty ojciec Biedny ojciec

7 kwietnia, 2007

Pasja to skarb

Opublikowane jako: Rodzice i dziecko — Jolanta Gajda @

Świąteczne przygotowania mam już za sobą, mogę więc z czystym sumieniem zasiąść na chwilę przed komputerem. A rzecz będzie o “Stowarzyszeniu umarłych poetów”, a raczej o paru refleksjach, które nasuwają mi się za każdym razem, gdy oglądam ten film. Należy on do tych filmów, które mogę oglądać wielokrotnie i zawsze towarzyszą mi te same emocje. Tym razem namówiłam też dzieci, by go obejrzały razem ze mną. Siedzieliśmy tak sobie w trójkę i ryczeliśmy jak bobry.

Jeśli oglądałeś “Stowarzyszenie umarłych poetów”, pamiętasz na pewno motyw chłopca, którego pasją było aktorstwo. Przygotowywał się do szkolnego przedstawienia, wkładając w swoją grę całą duszę i serce. Nie wyobrażał sobie życia bez teatru, sztuka była dla niego wszystkim.

Taka pasja to skarb. Czyni człowieka szczęśliwszym, nadaje życiu sens.

Niestety filmowy bohater nie miał możliwości realizowania swojej pasji, bo ojciec przewidział dla niego inną przyszłość – zawód lekarza. Zaplanował życie za niego. Zaślepiony przez własne ambicje, nie chciał chłopca nawet słuchać. Odebrał synowi marzenia. Odebrał mu też życie, bo chłopiec – nie mogąc robić tego, co było dla niego najważniejsze – popełnił samobójstwo.

Można by powiedzieć, że to tylko film. Fikcja. Pełna dramatyzmu, żeby przykuć widza do ekranu. Tylko że w życiu bywa często podobnie, choć nie kończy się tak tragicznie. Rodzice nie słuchają swoich dzieci, bo mają ważniejsze sprawy na głowie. Zawsze wiedzą wszystko lepiej, bo przecież są dorośli. Bagatelizują te zainteresowania dziecka, które wydają się nieistotne z punktu widzenia jego przyszłości. Lubi śpiewać? A, takie tam fanaberie. Wyrośnie z tego. Lubi malować? Szkoda na to czasu, bo przecież malowaniem nie zarobi na życie. A wydawałoby się, że rodzicowi powinno zależeć na tym, by jego dziecko wyrosło na szczęśliwego człowieka…

Może warto w te świąteczne dni, kiedy cała rodzina ma dla siebie więcej czasu, porozmawiać z dzieckiem o jego zainteresowaniach. Co lubi robić? Co mu sprawia przyjemność? Kim chciałoby zostać? Kto mu imponuje? Co jest jego marzeniem? Porozmawiać otwarcie, wykazując autentyczne zainteresowanie, unikając moralizowania, doradzania, krytykowania i innych paskudnych rodzicielskich nawyków… ;-). Po prostu słuchać. Poznać lepiej swoje dziecko, by potem móc je wspierać w realizacji jego zainteresowań i pasji.

Podążając za swoją pasją, dziecko ma szansę być kiedyś szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Postępując wbrew sobie, by zadowolić mamę czy tatę, ma “szansę” wyrosnąć na frustrata, który nigdy nie zakosztuje prawdziwej pełni życia.

Życząc czytelnikom i użytkownikom mojego serwisu spokojnych Świąt Wielkanocnych, życzę również, byście potrafili SŁUCHAĆ swoje dzieci i wspierać je w ich indywidualnych zainteresowaniach.

Wielkanoc

6 kwietnia, 2007

Inteligencja Twojego dziecka – cz.2

Opublikowane jako: Inteligencja dziecka, Moje publikacje — Jolanta Gajda @

Dziś ukazała się w sprzedaży zapowiadana już przeze mnie druga część ebooka “Inteligencja Twojego dziecka”. Jeśli jesteś ciekaw:

  1. co wartościowego znajdziesz w nim dla siebie
  2. ile ebook kosztuje i dlaczego tak drogo ;-)
  3. co obieranie ziemniaków ma wspólnego z inteligencją

zajrzyj na stronę ofertową: “Inteligencja Twojego dziecka – cz.2″.

Ebook jest w tej chwili w tzw. “uciekającej promocji”.

1 kwietnia, 2007

Nauka ortografii

Opublikowane jako: Inteligencja językowa — Jolanta Gajda @

Nauka ortografii może być dla dziecka strasznie nudna, wyczerpująca i … zupełnie nieskuteczna. Jeśli rodzic lub nauczyciel każe dziecku wypisać w zeszycie 30 razy słowo “burza”, bo zrobiło w nim błąd np. na dyktandzie, to taka pisanina właściwie niczemu nie służy. No – może trochę – jeśli dziecko jest wzrokowcem. Powiedzmy sobie jednak szczerze – czy dziecko myśli o pisowni wyrazu, pisząc mechanicznie po raz dwudziesty dziewiąty to samo słowo? Na pewno nie. Myśli raczej o tym, że jest zmęczone, że boli je ręka i głowa, że jest już głodne, że chętnie wyszłoby na dwór lub zastanawia się, co robi jego ulubiony kolega Piotrek. A widziałam takie przypadki, gdy uczeń – mając prawidłowo napisane słowo jako wzór, napisał je ok. 10 razy poprawnie, a dalej to już po swojemu :-).

Ucząc swoje pociechy, unikajmy za wszelką cenę mechanicznych czynności, bo przynoszą one niewiele korzyści (jeśli w ogóle jakiekolwiek). Co najwyżej mogą zrazić dziecko do nauki, którą będzie postrzegać jako monotonną i nudną. A nauka wcale nie musi taka być.

Jak więc nauczyć poprawnej pisowni słów? Starajmy się w jak największym stopniu wykorzystać grę skojarzeń, wyobraźnię, humor, absurd, rymy, ruch, zmysły. Najlepiej zapamiętujemy nowe rzeczy wtedy, gdy tworzymy w swoim umyśle jakieś skojarzenia, a im są śmieszniejsze i bardziej nietypowe, tym lepiej. Nasz mózg szybko zapamiętuje coś, co jest zabawne, dziwne, co wzbudza jakieś emocje – najlepiej jeśli są to emocje pozytywne.

Jedną z metod nauki ortografii jest czytanie dziecku wierszyków, które uczą prawidłowych zasad pisowni poprzez wykorzystanie rymów i skojarzeń. Aby to zobrazować, ułożyłam sama przykładowe rymowanki – zapraszam Cię, byś zajrzał na stronę Wierszyki ortograficzne.

Znajdziesz tam na przykład “Rz po spółgłoskach”, “Pszenica, pszczoła”, “Końcówka arz” – są to typowe rymowanki, których zadaniem jest utrwalić konkretne zasady w umyśle dziecka poprzez wielokrotne czytanie wierszyka czy nawet nauczenie się go na pamięć. Ucząc malucha czegokolwiek na pamięć pamiętajmy o tym, że nie powinien to być żmudny obowiązek, ale przyjemna zabawa dla obojga (rodzica i dziecka). Można to osiągnąć, recytując wierszyk na różne sposoby: grubym głosem, cienkiem głosem, rapując, śpiewając, udając kogoś zdenerwowanego, zaciekawionego, zdołowanego, rozbawionego, recytując na przemian dziecko-rodzic (po jednej linijce, czy nawet po jednym słowie) – możliwości jest tu naprawdę wiele. Potem razem z dzieckiem wymyślcie inne przykłady słów, gdzie konkretna zasada jest widoczna.

W wierszykach “Morze”, “Kura”, “Żaba”, “Zboże, żyto, ryż”, “Burza” pokazałam, jak wykorzystać grę skojarzeń. Jeśli dziecko zapamięta z wierszyka skojarzenie, że kropka w “ż” przypomina ziarenko zboża, żyta czy ryżu, to znacznie łatwiej przyjdzie mu zapamiętać pisownię tych słów. Takich skojarzeń można tworzyć bez liku – ja podałam tu tylko kilka przykładów. Tworząc z dzieckiem skojarzenia, nie musimy oczywiście układać rymującego się wierszyka. Rymy wzmacniają efekt skuteczności, ale nie są niezbędne. Przykładowo – na podobnej zasadzie, dziecko może skojarzyć sobie pisownię wyrazu plaża (plaża jest pełna małych ziarenek piasku – a więc znowu skojarzenie z kropeczką). Warto, by dziecko takie skojarzenia czy wierszyki zilustrowało własnoręcznie namalowanym obrazkiem, który jeszcze bardziej utrwali konkretne skojarzenie.

Zachęć dziecko, by jak najczęściej samo tworzyło takie skojarzenia – a im będą bardziej nieoczekiwane, tym lepiej. Na początku będziesz pewnie musiał trochę dziecku pomóc, ale bardzo szybko jego bujna dziecięca wyobraźnia sama zacznie mu podsuwać pomocne skojarzenia.

Mam w planach stworzenie większej ilości takich wierszyków (o ile nie zabraknie mi weny twórczej :-)), jak również będę powracać w blogu do metod nauki ortografii, podając różne przykłady ćwiczeń i zabaw. Tymczasem zapraszam Ciebie i Twoje dziecko na pierwszą część Wierszyków ortograficznych. Warto również skorzystać z gotowych rozwiązań, oferowanych w książeczkach dla dzieci. Ze względu na prawa autorskie nie mogę w swoim serwisie zamieścić wierszyków zaczerpniętych z książek, ale proponuję zajrzeć np. do “Żubr żuł żuchwą żurawinę…” autorstwa Danuty Ludwiczak.

Aha – i jeszcze przy okazji – zapraszam na kolejną nowość w Słowniczku obrazkowym j. angielskiego. Są to wierszyki angielskie – Rhymes – do kategorii “Exotic animals”. W tygodniu dorzucę tam jeszcze polskie tłumaczenie dla tych, którzy w angielskim nie czują się zbyt mocni. Jak zwykle znajdziesz tam również nagranie z wymową.
Żubr żuł żuchwą żurawinę

Blog serwisu SuperKid.pl, powered by WordPress