header

inteligencja dziecka - rozwój umysłu i osobowości - edukacja finansowa
31 grudnia, 2007

Małe podsumowanie

Opublikowane jako: Informacje o serwisie — Jolanta Gajda @

Koniec roku sprzyja zazwyczaj reminiscencjom i podsumowaniom własnych dokonań. Ponieważ SuperKid liczy sobie już nieco ponad roczek (ależ ten czas leci…), postanowiłam zrobić mały przegląd najważniejszych wydarzeń w moim serwisie. Robię to przede wszystkim dla siebie (warto sobie czasami pozwolić na odrobinkę samozadowolenia ;) ) i dla swoich dzieci (by mogły sobie kiedyś poczytać, jak to mama konsekwentnie realizowała własne cele ;) ). Ale być może i Ciebie zainteresuje, jak to właściwie z tym SuperKidem było…

Wszystko zaczęło się 13 października ubiegłego roku, kiedy powstał pierwszy wpis w blogu. O tym, jak to dzieciakom sprawiłam szczeniaka i ile z tym było kłopotu. Piesek wygląda teraz całkiem inaczej, a żeby nie być gołosłownym, na końcu załączam jego zdjęcie, które możesz porównać ze zdjęciem w pierwszym wpisie. Hm… czyli my się nie starzejemy, tylko dzieci i psy się starzeją :) .

Przez dwa kolejne miesiące SuperKid istniał sobie w sieci tylko i wyłącznie jako blog, w którym wpisy pojawiały się dość często, bo w końcu nie było nic innego do roboty ;) .

Grudzień 2006
Powstają pierwsze strony dla dzieci: rymowanki dla najmłodszych i – nie ukrywajmy – dość skromna w swej formie przepytywanka z tabliczki mnożenia. A mnie rozpierała duma, bo SuperKid nie był już tylko blogiem, ale były to zaczątki “poważnego” serwisu ;) .

Styczeń 2007
Powstaje obrazkowy słowniczek j. angielskiego dla dzieci, zabawy z rymami i bajeczka o nietoperzu, do której użyczyłam własnego głosu.

Luty 2007
Wprowadzam dział Gramatyka angielska dla dzieci oraz – tak , dopiero teraz – tworzę własnymi siłami stronę główną serwisu. Wykorzystałam przy tym całą swoją ówczesną wiedzę o kodzie html, a że wiedza była raczej hm… skromna, to i strona nie była imponująca. Ale dla mnie było to naprawdę coś :) . Pierwsza własnoręcznie zrobiona strona!

Marzec 2007
Kolejny krok do przodu – wychodzi drugi ebook mojego autorstwa “Inteligencja Twojego dziecka” (Pierwszy – ABC Mądrego Rodzica – ukazał się rok wcześniej). Przyznam, że “Inteligencja Twojego dziecka” zużyła sporo mojej energii – tak bardzo chciałam całą swoją wiedzę, doświadczenie i entuzjazm upakować w dość ograniczoną przestrzeń, jaką narzuciło mi wydawnictwo… W końcu się okazało, że ebook wyszedł za gruby i trzeba go było podzielić na dwie części :) .

Kwiecień 2007
Ukazuje się II część ebooka. Podział był dość naturalny – w I części zostawiłam całą wiedzę teoretyczną, jaką powinien posiadać każdy troskliwy rodzic, w drugiej zaś zamieściłam ćwiczenia pomagające rozwijać różne typy inteligencji.
W kwietniu też pojawił się nowy dział na stronie – ortografia dla dzieci (Wierszyki ortograficzne) oraz pamiętny dla mnie wpis na blogu – PAS czyli syndrom Gardnera. Pamiętny dlatego, że wywołał całą lawinę maili od różnych osób…

Maj 2007
Wprowadzam wersję angielską wpisów na blogu. Powiem Ci w sekrecie, że już wkrótce ujrzy światło dzienne wersja anglojęzyczna mojego serwisu, gdzie przeniosę wszystkie obecne wpisy w j. angielskim.

Czerwiec – sierpień 2007
To prawdziwy krok milowy. Zainstalowałam w serwisie CMS (jeśli nie masz do czynienia z tworzeniem stron www, to ten skrót Ci nic nie powie, ale w uproszczeniu chodziło o to, żeby serwis wyglądał bardziej przyzwoicie i był bardziej funkcjonalny). I praktycznie przez całe wakacje trwała walka o przystosowanie istniejącej treści serwisu do nowego systemu. To był taki mały koszmarek i niespecjalnie lubię wracać wspomnieniami do tego okresu ;) (jeśli przez przypadek to Dawidzie czytasz, to przy okazji dziękuję Ci za pomoc i okazaną mi cierpliwość) . Od czerwca również pojawiła się w serwisie możliwość, by zapisać się na newsletter i już wkrótce wyszedł pierwszy biuletyn zatytułowany “Przejmij odpowiedzialność”.

Wrzesień 2007
To czas publikacji kolejnego ebooka (Skuteczna nauka ortografii), w którym pokazałam, jak sprawić, by nauka ortografii nie była dla dziecka drogą przez mękę ;) .

Wrzesień – Listopad 2007
Ostatnie miesiące tego roku poświęciłam rozbudowie stron dla dzieci. Powstały nowe ćwiczenia w działach tabliczka mnożenia, dzielenie i dodawanie, ćwiczenia ortograficzne, rozbudowałam też znacząco angielskie słówka dla dzieci, gdzie istnieje obecnie całkiem pokaźny zasób działów tematycznych, wzbogaconych o ćwiczenia online i do wydruku.

Grudzień 2007
Wprowadzam do serwisu nowy dział – Kolorowanki dla dzieci. Jest to dział przeznaczony dla naszych najmłodszych milusińskich i obiecuję, że będę o niego dbała ze szczególną starannością :) . Na razie są do dyspozycji kolorowanki świąteczno-zimowe, już wkrótce pojawią się następne, także nawiązujące do zimy. Mam nadzieję, że przypadną naszym małym artystom do gustu. W grudniu też – w samą Wigilię – spotkała mnie miła niespodzianka. Prawie jak prezent pod choinkę :) . Otrzymałam wstępną wersję swojego pierwszego ebooka w wersji włoskojęzycznej (“ABC del genitore intelligente – la via del successo”). Ciekawe, czy opinie czytelników we Włoszech będą też tak bardzo przychylne jak czytelników polskich. Czas pokaże.

No i tak właśnie wyglądał rok 2007 w SuperKid. Sporo pracy, ale i sporo satysfakcji, bo otrzymałam od Was wiele sympatycznych maili z podziękowaniami.

Rok 2008 to nowe plany i nowe wyzwania. Nie zdradzę jednak swoich zamiarów, żeby nie zapeszyć ;) . Liczę na dalszy odzew z Waszej strony – co Wam się w serwisie podoba, a co nie i dlaczego. Wszystkie Wasze sugestie będę brała pod uwagę.

Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku :) .

A to właśnie nasz Mopsik :)

8 grudnia, 2007

Zdradzony przez ojca, czyli klątwa pokoleń

Opublikowane jako: Rodzice i dziecko — Jolanta Gajda @

Właściwie nie miałam w planach kontynuowania tematu ojcostwa, bo w końcu świat nie kręci się wokół samych tatusiów ;) . Jednak w międzyczasie sięgnęłam po książkę znanego w Polsce psychoterapeuty – Wojciecha Eichelbergera, którego nazwisko przewinęło się także w Wyborczej przy okazji wspomnianej przeze mnie akcji “Powrót taty”. Książka ta – “Zdradzony przez ojca” – tak mnie poruszyła, że po prostu nie wytrzymam i muszę wtrącić o niej swoje trzy grosze. Poruszyła mnie nie w tym sensie, że wycisnęła łzy wzruszenia, tylko wywołała bóle głowy, trudności z zaśnięciem, ścisk w żołądku, odruchy wymiotne i generalnie wszystko co najgorsze ;) . Jednym słowem kac psychiczny, który mi – osobie bardzo pogodnej – przydarza się naprawdę rzadko.

Sam autor podaje, że motywacją do napisania tej książki była chęć przyjścia z pomocą mężczyznom (jego samego nie wyłączając) i książka ma wyjaśnić przyczyny zagubienia mężczyzn w dzisiejszym świecie, a najważniejszą z nich jest załamanie procesu przekazu pozytywnego wzorca męskości pomiędzy ojcem i synem. Założenie niby szczytne, ale po pierwsze – owe wyjaśnienia sprowadzają się do przedstawienia w książce iluś tam czarnych scenariuszy rodzinnych (zamiast “czarnych” powinnam chyba użyć “makabrycznych”), a sposób ich przedstawienia sprawia wrażenie, jakby to była cała i jedyna prawda o świecie. Jednym słowem rzeczywistość w krzywym zwierciadle, albo jakiś zmutowany świat.

Po drugie, kiedy czytelnik już przejdzie przez te wszystkie negatywne wzorce i odkrywa (prawdopodobnie) dlaczego jest dziś takim kiepskim mężczyzną lub takim kiepskim ojcem (nie mówiąc już o tym, że ja – jako samotna matka – “odkrywam”, jak beznadziejnie fatalnym rodzicem jestem dla swojego syna) – gdy już przejdziemy przez całe to psychiczne bagienko – autor zostawia nas nagle samym sobie. Bo książka się w tym miejscu kończy. To tak, jakby wrzucić kogoś do głębokiego dołu z fekaliami, powiedzieć mu: “Źle się tam czujesz? To normalne w twojej sytuacji.” – i spokojnie odejść, zostawiając nieboraka w tym hm… stanie zanurzenia ;) .

Ja nie twierdzę, że świat przedstawiony przez Eichelbergera jest nieprawdziwy. Ale irytuje mnie to, że pewien wycinek rzeczywistości jest przedstawiany jako cała o niej prawda. Irytuje mnie cynizm bijący z jej treści, co moim zdaniem potwierdza to, że autor traktuje tę książkę głównie jako autoterapię (czego zresztą nie ukrywa), natomiast niekoniecznie chce pomóc innym. Choćby taki fragment:

“Ojcowie chcą mieć synów, więc gdy brzuch przyszłej matki choć trochę urośnie, niecierpliwie domagają się badania USG, żeby na ekranie monitora zobaczyć, co też ich dziecko ma między nogami. Wybucha wielka radość, gdy okazuje się, że narodzi się chłopiec. Prawdę mówiąc, nie wiadomo, dlaczego ta radość wybucha. Ojcowie powinni przecież wiedzieć, że życie mężczyzny nie jest sielanką. Mimo to cieszą się – z przyzwyczajenia czy z nawyku.”

Nie wiem, czy to mnie miało rozśmieszyć, czy wzbudzić współczucie dla autora – mężczyzny.

Kim jest dla Eichelbergera ojciec? To człowiek, na którym ciąży klątwa pokoleń. Bo zdradził go jego ojciec, którego też zdradził jego ojciec, którego też zdradził jego ojciec. I tak moglibyśmy dojść do Adama i Ewy ;) . Zdradził, to znaczy był nieobecny w życiu syna, bo odszedł od jego matki, albo uciekł w pracę, albo był pantoflarzem- ciamajdą i poddał się dominacji żony.

Zdradzony przez ojca syn zostaje “rzucony w objęcia matki” (czytaj: rzucony na pożarcie, a właściwie na kastrację ;) ). Jest to na ogół samotna matka, która w oczach Eichelbergera jest z natury rzeczy ” przemęczona, zniecierpliwiona, rozżalona. Robi co może, żeby jak najsilniej związać ze sobą syna(…). Nosi pokłady gniewu, który dotyczy ojca, ale który pod jego nieobecność łatwo przelewa się na dziecko”. Mało tego – “matka, świadoma przemijania, nie licząc już na spotkanie nowego partnera, zaczyna pokładać w synu nadzieję, że stanie się on w jej życiu zastępczym mężczyzną, opiekunem i oparciem”. Jeśli chcesz znać dalszą część tego scenariusza lub inne jego wersje – znajdziesz je w książce. Choć – jeśli jesteś osobą łatwo popadającą w depresje – to osobiście odradzam zagłębianie się w dalsze treści…

Boże jedyny – czego ja się nie dowiedziałam o sobie po przeczytaniu tej książki… O sobie i dwóch milionach innych kobiet, bo ponoć tyle jest samotnych matek (jedna czwarta polskich rodzin). Jak dodamy do tego rodziny całe, ale patologiczne (ojciec alkoholik albo stosujący przemoc fizyczną albo jeszcze inne anomalie), jak również całe, ale ojciec pracoholik lub całe, ale ojciec ciamajda, lub całe ale ojciec kobieciarz – no to rzeczywiście obraz nakreślony przez Eichelbergera jest porażający. I to wszystko oczywiście przez to, że dzisiejsi ojcowie zostali zdradzeni przez swoich ojców – też nieobecnych fizycznie lub uzależnionych od alkoholu, agresji czy kobiet… a matki nie są w stanie wychować chłopca na zdrowego psychicznie mężczyznę, bo – jak to autor określa – psychicznie go kastrują.

Taaa… klątwa pokoleń… Ja mam tylko jedno pytanie – gdzie jest w tym wszystkim miejsce na uznanie faktu, że człowiek jest istotą myślącą? Że nie jest ani źle zaprogramowanym robotem, ani zwierzęciem kierowanym jedynie przez instynkty? Że ma umiejętność odróżniania dobra od zła? Że ma często chęć rozwijania się, stawania się lepszym, zdobywania wiedzy, by nie popełniać w życiu zbyt wielu błędów? Gdzie jest w tym wszystkim miejsce na odpowiedzialność człowieka za własne czyny?

Owszem – dzieciństwo może wyjaśniać, dlaczego mamy problemy z tym czy z tamtym. Ale przede wszystkim powinniśmy się zająć szukaniem rozwiązań. Szukaniem wzorców, pracą nad sobą. Czytając tę książkę, liczyłam na to, że przynajmniej na końcu autor poda jakąś wskazówkę – co robić, by te negatywne wzorce przełamać? Doszłam z trudem do ostatniego rozdziału “Jak pomóc synowi” i tam kilka zdań o tym, że ojciec powinien być obecny w życiu syna. To właściwie wszystko. Nic na temat tego, co ma zrobić dorosły już syn, który stał się ojcem i chciałby sobie poradzić ze swoim przygniatającym bagażem doświadczeń z dzieciństwa. Nie mówiąc już o chłopcach, którzy teraz – chcąc nie chcąc – są wychowywani bez ojca. Dla nich według Eichelbergera nie ma zdaje się już żadnego ratunku…

A ja nie wierzę w klątwę pokoleń. Wierzę w człowieka i jego wolę podejmowania wysiłku, by stawać się lepszym człowiekiem. Naiwność? Być może. Ale dzięki tej “naiwności” życie jest dla mnie cudownym przeżyciem i żadne doświadczenia dzieciństwa tego nie zmienią. Bo wiem, że kształt mojego życia i jakość mojego rodzicielstwa zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

okładka

1 grudnia, 2007

Tak niewiele trzeba, żeby być… Tatą.

Opublikowane jako: Rodzice i dziecko — Jolanta Gajda @

I nie mam tu na myśli biologicznego ojca. Tylko Tatę. Przez duże T.

Ostatnio Gazeta Wyborcza zamieszcza cykl artykułów pod nazwą “Powrót taty”. Są to listy do ojców, napisane przez dziennikarzy i przez czytelników. Listy, które nie trafiły do adresata, a w których znalazło się wszystko to, co dorosłe dzieci chciałyby powiedzieć swoim ojcom. Padają tam niewypowiedziane nigdy wcześniej słowa – pełne bólu, żalu, cierpienia, czasem wręcz pogardy i nienawiści. Są to przejmujące listy dorosłych ludzi, w których dzieciństwie zabrakło prawdziwego ojca, mimo że fizycznie w rodzinie istniał.

Czy tak dużo trzeba, żeby być tatą?

Nam, kobietom, jest podobno łatwiej, bo mamy tak zwany instynkt macierzyński. On nas wypełnia miłością do dziecka, on sprawia, że dobro dziecka stawiamy na pierwszym miejscu.

W przypadku ojców jest trochę inaczej. Miłość ojcowska rozwija się dopiero od momentu przyjścia dziecka na świat i dojrzewa w pierwszych latach jego życia. Ale żeby tak się stało, musi być spełniony jeden warunek – tata powinien uczestniczyć w życiu synka czy córeczki od samego początku. I w tych chwilach, kiedy jest fajnie i w tych, kiedy ma się już wszystkiego dosyć. Miłość rozwija się poprzez wspólne obcowanie, zainteresowanie, troskę, pokonywanie własnych słabości i naukę cierpliwości. Jeśli w tym okresie tata jest nieobecny, bo woli uciekać od odpowiedzialności w pracę, to moim zdaniem bezpowrotnie traci możliwość nawiązania prawdziwie głębokiej więzi z dzieckiem.

Czy tak dużo trzeba, żeby być tatą?

Miłość – niby prosta sprawa. A jednak trzeba się jej uczyć. Tak, tak – uczyć, jak tabliczki mnożenia ;) . Ci, co mieli szczęście mieć kochających i troskliwych rodziców, uczyli się miłości w dzieciństwie, niejako automatycznie wchłaniając dobre wzorce. Ale co z tymi, którzy wynieśli z dzieciństwa tylko strach, uczucie poniżenia, poczucie, że nikt się nimi nie interesował? Wielu dorosłych ludzi przyznaje otwarcie, że czują się emocjonalnymi kalekami. Ale to nie znaczy, że są na straconej pozycji. Bo miłości można i trzeba się uczyć. Przeszłość zostawmy w spokoju – jej nie można zmienić. Ale na teraźniejszość i przyszłość mamy olbrzymi wpływ. To tylko kwestia podjęcia odpowiedniej decyzji i konsekwentnej pracy nad sobą.

Tak niewiele trzeba, żeby być tatą.

Nie masz wzorca w dzieciństwie? To po prostu rozejrzyj się dookoła. Może zauważysz tatusia idącego z małym berbeciem w nosidełku. Albo innego tatusia, który spaceruje z kilkulatkiem po parku i odpowiada cierpliwie na wszystkie jego pytania. Albo tatusia, który siedzi na zebraniu z rodzicami i angażuje się w temat szkolnej wycieczki. Albo tatusia, który stoi z dzieckiem przy przejściu dla pieszych i z powagą wyjaśnia, jak korzystać ze świateł. Albo tatusia, który pyta synka przed półką sklepową, które batoniki będą lepsze na jego przyjęcie urodzinowe. A może usłyszymy jak inne dziecko zdradzi nieopatrznie, że nie bardzo wiedziało, jak zrobić zadanie, ale na szczęście tata pomógł…

Tak niewiele trzeba, żeby być tatą.

Mojemu synowi nie jestem w stanie zastąpić taty. Ale mogę zrobić jedno – wychować go na człowieka odpowiedzialnego. Takiego, który będzie wiedział, że to, jakim jest synem, uczniem, kolegą, pracownikiem, ojcem, człowiekiem – zależy tylko od niego. I że nie musi być doskonały w tym, co robi. Wystarczy, że dziś będzie maleńką odrobinę lepszy niż wczoraj, a jutro będzie maleńką odrobinę lepszy niż dziś ;) .

I chcę, żeby wiedział, że nie będzie doskonałym ojcem. Ale na pewno będzie wspaniałym tatą.

Bo niewiele trzeba, żeby być Tatą. Tatą przez duże T.

tata

Blog serwisu SuperKid.pl, powered by WordPress