header

inteligencja dziecka - rozwój umysłu i osobowości - edukacja finansowa
18 kwietnia, 2008

Angielski dla dzieci to strata czasu?

Opublikowane jako: Angielski dla dzieci — Jolanta Gajda @

Taki wniosek można by wyciągnąć z artykułu “Języki obce w planach Ministerstwa Edukacji Narodowej”, który to artykuł ukazał się jakiś czas temu na Interii. Ponieważ angielski dla dzieci w naszym serwisie ma się całkiem dobrze i zamierzam go systematycznie rozwijać, muszę koniecznie parę rzeczy w tym artykule skomentować. Oto kilka stwierdzeń autora, z którymi nie do końca się zgadzam. Albo wcale się nie zgadzam :) .

1. Przekonanie, że język angielski zdobywa pozycję uniwersalnego języka komunikacji współczesnego świata, jest fałszywe.

Autor, wysuwając taką tezę, opiera się na przekonaniu, że angielski nie jest specjalnie lubiany w Europie (jako język sztucznie narzucony) i dlatego każdy Francuz będzie z nami o wiele chętniej rozmawiał po francusku, a Włoch po włosku. Posługując się językiem danego kraju nawiążemy z jego mieszkańcami zdecydowanie lepszy kontakt i jesteśmy traktowani zdecydowanie lepiej.

To wszystko prawda, tylko nie bardzo wiem, co z tego wynika. Bo raczej trudno sobie wyobrazić, że będziemy się uczyć wszystkich języków europejskich naraz, tylko dlatego, że nie wiemy, gdzie nas kiedyś nasze losy rzucą i który język nam się przyda.

Czy nam się to podoba, czy nie, po angielsku dogadamy się naprawdę wszędzie i angielski JEST językiem uniwersalnym. Więc na początek warto się go nauczyć. Moim zdaniem angielski i niemiecki to taka podstawa, od której trzeba wyjść. A jak starczy czasu, życia i siły, można zgłębiać tajniki wszystkich pozostałych języków europejskich (albo np. chińskiego – dlaczego by nie?)

2. Fałszywe jest również przekonanie, że im wcześniej zacznie się naukę języka obcego tym lepiej. Do kształcenia językowego, podobnie jak do każdej innej dziedziny edukacji, dziecko musi intelektualnie dorosnąć i nabyć odpowiednie kompetencje. W przypadku języków obcych, dopóki dziecko nie zna gramatyki, ortografii i stylistyki języka ojczystego, dopóty uczenie się języka obcego będzie raczej zabawą.

No tu mnie autor artykułu trochę rozbawił. Co to znaczy intelektualnie dorosnąć? Dlaczego kilkulatek w Anglii jest w stanie przyswoić sobie angielski bez trudu, a kilkulatek w Polsce jest do tego nieprzygotowany? Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakimś niedorozwojem? Przecież każde dziecko chłonie język NIE poprzez reguły gramatyczne, ortograficzne czy stylistyczne, tylko poprzez zanurzenie w języku – osłuchanie (słuchanie rodziców, wychowawców, piosenek w radiu czy na płycie) i opatrzenie (np. napisy angielskojęzyczne na sklepach, bajki w języku angielskim itp.). I właśnie o to chodzi, że ma to robić POPRZEZ ZABAWʘ, bo w przypadku dzieci jest to najbardziej skuteczne.

3. Godzina nauki języka obcego w gimnazjum czy liceum przynosi większe efekty, niż ta sama godzina w przedszkolu i klasach I-III.

Tylko że godzina języka obcego w gimnazjum z dziećmi, które są osłuchane już z językiem będzie mogła być wykorzystana o wiele bardziej efektywnie niż godzina w gimnazjum z dziećmi, które zaczynają naukę języka dopiero jako nastolatki.

Widzę to bardzo dokładnie na przykładzie swoich dzieci. Od wieku 3-4 lat miały do czynienia z angielskim – trochę zajęć w przedszkolu, trochę zabaw i ćwiczeń w domu. Od czasu do czasu dostawały jakieś kasety czy płyty z angielskim dla dzieci (piosenki, bajki czy też kasety/płyty przewidziane jako dodatek do podręczników). Nauka angielskiego była zawsze zabawą – nigdy nie było presji, że mają się nauczyć odtąd – dotąd. Dlatego rezultaty nie były widoczne od razu. Ale kiedy zaczęła się na poważnie nauka w szkole, sama obecność na lekcji wystarczyła, żeby pamiętały słówka czy “załapały” jakąś regułę gramatyczną bez najmniejszego wysiłku. Nie wspominając już o wymowie. Moim zdaniem, dziecko które zaczyna się uczyć angielskiego dopiero w gimnazjum, nigdy nie będzie mówić z prawidłowym akcentem, albo też będzie to od niego wymagało naprawdę dużo pracy. Małe dziecko chwyta akcent niemal natychmiast.

4. Rozwijając nadmiernie naukę angielskiego, narażamy się na jeszcze jeden problem – brak odpowiednich kadr. Lekcja języka obcego z niedouczonym nauczycielem przestaje być nawet zabawą, to ewidentna szkoda dla dziecka. Lepiej, by rozpoczęło ono kształcenie językowe kilka lat później, niż by przez te kilka lat miało lekcje z kimś, kto nie potrafi motywować, kto nie jest biegły metodycznie, kto ma złą wymowę.

No to jest akurat prawda. Pytanie tylko, jaką mamy gwarancję tego, że nauczyciel w gimnazjum będzie umiał motywować, będzie biegły metodycznie i będzie miał nienaganną wymowę… Jeśli chce się mieć w szkole profesjonalistów, trzeba im płacić tak, jak profesjonalistom. Bo nauczyciel, który jest prawdziwym fachowcem i kocha swoją pracę, czasami musi stanąć przed wyborem – dbać z zapałem o cudze dzieci i zarabiać x złotych, czy też pomyśleć o utrzymaniu i edukacji własnych dzieci i przejść do jakiejś firmy, gdzie zarobi 3 razy x. Albo 5 razy x. Ja, jakieś dziesięć lat temu, wybrałam rozwiązanie pośrednie – dla własnych dzieci zrezygnowałam z pracy w liceum, a dla cudzych stworzyłam serwis :D . To mówię oczywiście trochę z przymrużeniem oka, ale prawda jest taka, że z profesjonalistami w szkole zawsze będzie problem.

Nie wiem, jakie ostatecznie rozwiązania zostaną uchwalone przez Ministerstwo Edukacji. Zresztą rozwiązania będą się zmieniać w zależności od ekipy rządzącej. Moja rada jest więc taka – zadbaj o edukację językową swojego dzieciaczka jak najwcześniej. Koniecznie w formie zabawy i piosenek. W naszym serwisie są i słówka angielskie w formie słowniczka obrazkowego, i gramatyka angielska, stopniowo też dodajemy piosenki angielskie. Jak poszperasz w internecie, to znajdziesz również inne materiały, które można wykorzystać w nauce przedszkolaka czy pierwszoklasisty.

Pamiętaj – Twoje dziecko już nigdy potem nie będzie z taką łatwością, z taką radością i chęcią chłonęło nowej wiedzy i nowych umiejętności, jak właśnie teraz.

6 kwietnia, 2008

Po co ja się uczę tych głupot?

Opublikowane jako: Rodzice i dziecko — Jolanta Gajda @

Przeczytałam dziś bardzo ciekawy artykuł, a właściwie wywiad, w Gazecie Wyborczej. Była to rozmowa z p. Bożeną Ptak – polonistką, poetką i publicystką. Nie znałam tej Pani wcześniej, ale po przeczytaniu artykułu wiem, że jest to jeden z niewielu nauczycieli, którym z pełnym zaufaniem mogłabym powierzyć swoje dziecko. A właściwie dwójkę dzieci ;) .

Przytoczę tu kilka fragmentów, które mi się najbardziej spodobały.

“Szkoła to rodzice, dzieci i my – nauczyciele. Rodzice muszą zrozumieć, że mają prawo wymagać od szkoły dobrego nauczania. Bez znaczenia, czy posłali dzieci do szkoły prywatnej, czy publicznej. Płacą podatki, więc od nauczycieli szkoły publicznej też mogą wymagać.”

Hmm, niby sprawa oczywista, a jednak ile razy jest tak, że patrzymy na wiele nieprawidłowości w szkole z pobłażaniem, bo to szkoła państwowa. Bo nauczycielom mało płacą (na tym stwierdzeniu ja się dość często łapię). Bo klasy są przepełnione. Bo nauczyciele znerwicowani. Bo nie mamy czasu, żeby się wybrać do wychowawcy czy dyrektora i porozmawiać o tym, co nas irytuje. I przypominam, że cytowane wyżej zdanie wyszło z ust nauczycielki… Tym większy szacunek dla niej.

“Z dzieckiem należy rozmawiać, a nie tylko wymagać. Podejmować poważne tematy, nawet przy obieraniu ziemniaków. Gimnazjaliści są w takim wieku, że usiądą przed komputerem i rodzice przez całe tygodnie mogą się z nimi spotykać tylko np. przy drzwiach do łazienki. Nawiązanie kontaktu wymaga wysiłku. Warto go podjąć, żeby się zorientować, jaki jest poziom wiedzy ogólnej naszych dzieci, jakim językiem się posługują”.

No właśnie, jak to jest z kontaktami z naszymi dziećmi? Warto się czasami zatrzymać i zastanowić, ile razy w ciągu ostatniego tygodnia miałem/miałam okazję na dłuższą, szczerą rozmowę z dzieckiem. Nie w biegu “cześć- cześć” albo “jak było w szkole – dobrze” albo “wynieś śmieci – muszę teraz?”. Ale na dłuższą rozmowę o sprawach, które są dla dziecka ważne. To spostrzeżenie p. Ptak o spotykaniu się jedynie przy drzwiach do łazienki jest z jednej strony zabawne, a z drugiej – prawdziwe i raczej tragiczne.

Ja na szczęście nie mam tego problemu. I to wcale nie dlatego, że zawsze potrafię sobie świetnie zorganizować czas i temat na rozmowę z dziećmi. Czy potrafię – nie wiem tak do końca, bo… nie miałam okazji się sprawdzić. A dlaczego? Wszystkiemu jest winien… pokój bez drzwi :D . Kiedy znalazłam kilka lat temu dla nas mieszkanie, bardzo mi się ono podobało, ale miało jedną wadę, która później okazała się zbawienna.

Otóż pokój, w którym czytam, pracuję, odpoczywam, przeglądam internet i w którym spędzam najwięcej czasu – nie ma drzwi i na dodatek jest pokojem przechodnim do kuchni. Co więcej, w moim pokoju jest znacznie wygodniejsza sofa niż u syna, więc ten często skwapliwie z tego korzysta i gdy ja siedzę przy komputerze, on rozkłada się z książką w moim pokoju na mojej sofie :) , zagadując mnie od czasu do czasu o różne sprawy. A córa – przechodząc przez mój pokój do kuchni – każdorazowo (w pełnym znaczeniu tego słowa) angażuje moją uwagę, mówiąc o swoich bardzo ważnych i mniej ważnych problemach. Chcąc nie chcąc, mam więc kontakt ze swoimi dziećmi praktycznie non-stop. I choć czasem przeklinam ten felerny pokój i narzekam na brak “świętego spokoju”, to w głębi duszy jestem za niego wdzięczna :) .

“- Dzwoni do mnie przed północą bezradna matka bardzo zdolnej uczennicy: “Bożena, szlag mnie trafia, już dwie godziny Paulina wkuwa nazwy tych kości i prosi, abym ją przepytała. Nie wchodzi jej to do głowy”. To przykład bzdury, której muszą się uczyć nasze dzieci. Wszystkie przylądki w Afryce, wzory chemiczne itd. Jakby nie było internetu, encyklopedii… Dlaczego podczas testu obok ucznia nie może leżeć słownik czy atlas. Ja bym pozwoliła im nawet korzystać z internetu. Przecież umiejętność zdobycia informacji jest ważniejsza od bezmyślnego kucia”.

A wszystko przez to, że trzeba dziecko przygotować do testu, który sprawdza pamięciową znajomość faktów. Bo to najłatwiej sprawdzić i ocenić. Zna żądaną nazwę – jeden punkt. Nie zna – zero punktów. Proste i szybkie do sprawdzenia. Nie wiem, jak Twoje dziecko, ale mój niespełna 13-letni syn coraz częściej jęczy – “Mamo, po co ja się muszę tego uczyć? Przecież to mi się w ogóle w życiu nie przyda…”. Jedyne, co mogę wtedy z siebie wykrztusić, to “Rozumiem, co czujesz.” Czasami jeszcze dodam, żeby go pocieszyć – “Nigdy nie wiesz, co Ci się w życiu przyda”, ale mówię to raczej słabym głosem, bez większego przekonania…

Bo teraz naprawdę znaleźć potrzebne fakty można szybko. Trzeba tylko umieć wyszukiwać informacje, umieć szybko oddzielić “ziarno od plew” czyli w gąszczu przeróżnych informacji znaleźć te prawdziwe, wartościowe i adekwatne do naszych potrzeb. Trzeba umieć je przeanalizować, zinterpretować i wykorzystać do własnych celów. I tego wszystkiego powinny się dzieci uczyć w szkole. A nie tego, że nadmanganian potasu ma wzór chemiczny … No właśnie – jaki ma? Uczyłam się kiedyś w szkole, ale hmm… nie pamiętam ;) .

Pani B. Ptak dała bardzo fajną radę, co mówić, gdy dziecko nas pyta, po co “uczą go tych głupot”. Powiedzieć po prostu i szczerze, że to będzie potrzebne, żeby zaliczyć test. Po nic więcej.

No i na koniec najważniejszy chyba fragment tego wywiadu:

“Wbrew powszechnej opinii, dzieci z nauką sobie jakoś radzą. Większy problem stanowią dla nich relacje z rodzicami. Dlatego jeśli chcecie pomóc dzieciom w szkole – zacznijcie od siebie. Zbliżcie się do nich i zaufajcie. Potem skierujcie uwagę na szkołę, a okaże się, że z odrabianiem lekcji problem jest mniejszy, niż myśleliście, i nie trzeba wydawać pieniędzy na korepetycje.”

Rozmowa z p. Ptak przypomniała mi przeczytany niedawno ebook p. Małgorzaty Wiśniewskiej-Koszeli Szkolny start dziecka. Ta sama głęboka mądrość życiowa i troska o dobro ucznia. Dobrze, że tacy nauczyciele jeszcze istnieją.

Cały wywiad znajdziesz tutaj:
Kto uczy Twoje dzieci?

Blog serwisu SuperKid.pl, powered by WordPress